Niedziela 10 kwietnia 2016
0 0

10 kwietnia

Sześć lat temu ta wstrząsająca informacja dotarła do mnie na lotnisku, gdy wracałem z krótkiego urlopu. Zginął urzędujący prezydent Polski Lech Kaczyński, jego żona Maria oraz elita polskiej polityki, a także osoby-symbole, trwale związane z polską historią i tradycją patriotyczną. Trudno sobie wyobrazić większy narodowy kataklizm niż ten, który dokonał się podczas kilkudziesięciu sekund podchodzenia do lądowania w Smoleńsku.

Ten lot do Katynia miał być hołdem wobec Polaków, którzy zostali zamordowani w tym strasznym miejscu, a jednocześnie miał pokazywać, że pamięć o tej nieludzkiej zbrodni łączy nas w narodową wspólnotę. Okazał się lotem, który do miejsca kaźni, jakim był Katyń, dopisał kolejne ofiary.

W pierwszych dniach po katastrofie wydawało się, że w obliczu bezmiaru nieszczęścia  ten dramat nas połączy. Wszak w obliczu śmierci, zwłaszcza w tak trudnej do wyobrażenia skali, wszyscy jesteśmy równi i linie podziałów politycznych czy światopoglądowych, jeśli nawet nie zatracają sensu, to schodzą na plan dalszy.

Tak się nie stało i odnoszę wrażenie, że tragedia smoleńska wciąż nas dzieli i jest przedmiotem politycznych rozgrywek. Jestem daleki od polityki przez duże „p”, moją uwagę skupia wyłącznie Olsztyn, lecz nie mam wątpliwości, że byłoby mi dużo łatwiej kierować miastem, gdyby także w kwestii feralnego lotu został osiągnięty polityczny konsensus. Piszę „polityczny”, albowiem merytoryczną przyczynę tej tragedii powinni ustalić najlepsi fachowcy od katastrof lotniczych. Myślę, że nadchodzi pora, żeby Polacy przestali patrzeć na siebie przez pryzmat wrogów i sprawców. Intuicja podpowiada mi, że takie byłoby życzenie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i współtowarzyszy jego ostatniego lotu.

 

Oceń post
Ocen: 0
Zobacz również:

Wasze komentarze (0)

scrollup